piątek, 6 listopada 2015

Informacja


Cześć.
Piszę tego posta, ponieważ chciałabym Wam przekazać pewną informację. Otóż od dawnego czasu na blogu nie pojawiają się nowe rozdziały. Nie będę owijać w bawełnę. Wynika to z tego, że moje chęci, pasja i miłość do opowiadania słabną i zanikają. Po drugie nie mam czasu na nic poza nauką. Sądzę, że "Zmierzch" przestaje mnie interesować. Już wcześniej notki pojawiały się rzadko. Włożyłam w moją pracę wiele serca i pomysłów, robiłam, co tylko mogłam, żeby urozmaicić bloga i chyba mi to wychodziło, patrząc na komentarze czy wyświetlenia. Na początku nie mogłam przeżyć mojej decyzji; z trudem sama ją zaakceptowałam, więc nie wiem, jak Wy to przyjmiecie. Oczywiście, jeśli nadal wchodzicie tutaj. Dzięki za wszystko. Jedni byli ze mną od początku, drudzy pojawiali się w trakcie, inni zostali, inni odeszli. Ale dziękuję, bo bez Was moje starania nie miałyby sensu. Ale ja NIE KOŃCZĘ PISAĆ BLOGA! Tylko ZAWIESZAM na jakiś czas. Zawsze sądziłam, że zawieszenie bloga jest najgorszą rzeczą, jaką można zrobić ( nie obrażając nikogo), ale najwyraźniej sama potrzebowałam trochę czasu, by zdać sobie sprawę, że po prostu mnie to już nie interesuje. Mam nadzieję, że zrozumiecie. Właściwie fajnie by było, gdybyście napisali mi w komentarzach, co myślicie na ten temat, ilu z Was w ogóle odwiedza tę stronę. Miałam naprawdę ciekawy pomysł co dalej, ale... jeszcze nie teraz. W każdym razie ja już swoje napisałam. Jeszcze raz chciałabym podziękować Wam, moim czytelnikom. Jest kilka osób, które wiedzą, że dzięki nim rozwinęłam skrzydła, dla nich należą się szczególne podziękowania!

Poniżej rysunek wykonany przez świetną dziewczynę :)  Leon Cullen


Eriss 

środa, 10 czerwca 2015

Rozdział 20


Bokser Soundtrack - Main Theme (Paweł Lucewicz)

  ~Esme~   

             Leon zniknął. 

                                                                      Na to wygląda.
 Leon zniknął

                                    Gdzie jest moje dziecko?
            

      
Nie ma go tutaj.             Tak, wszystko wskazuje na to, że Leon zniknął. 
                                                                                                                                   Zniknął. 



      Jedyne, co pamiętam, to uczucie kompletnej pustki i bezradności w moim zmarłym sercu. Miałam wrażenie, iż stoję na starej, opuszczonej szachownicy, pokrytej co najmniej trzydziestoletnim kurzem. Te rzeczowe niczym niewyróżniające się kolory- mianowicie czarny oraz biały- symbolizowały brak jakiejkolwiek spontaniczności czy chociażby chęci do życia. To takie przygnębiające. Człowiek potrafi zaniedbać swoją duszę i stać się brzydkim wewnętrznie. Jego serce gnije, jakby lada moment miało ulec rozkładowi. Lecz najgorsza jest twarz skrzywiona w grymasie bólu, niewyrażająca żadnych emocji. Samotności i rozpacz zbyt często istnieją w dzisiejszym świecie. I chociaż widziałbyś tę smutną twarz bardzo rzadko, to zawsze zauważysz te same pogłębiające się rysy, które pociągają kącik ust w dół. Natomiast oczy... Dawniej zdobiły człowieka, teraz są wręcz czarne niczym heban i puste do stopnia niemal depresyjnego. Czyż nie ma w nich marzeń? Tak trudno być sobą w tych nostalgicznych czasach. Gdy zobaczysz człowieka uśmiechniętego w tłumie, cóż możesz o nim powiedzieć? 
Jest inny. 
      I nagle zdałam sobie sprawę, że depczę po samej sobie, bo to ja jestem szachownicą, o której wszyscy zapomnieli. 
Zamykam oczy. 
     Moim ciałem wzdryga wampirzy szloch. Chciałabym się uspokoić, jednak nie potrafię tego uczynić. Jestem w innym miejscu, które wygląda nieco bardziej realistycznie, bowiem czuję ściółkę pod dłońmi opartymi na ziemi. Jestem w lesie. Byłam tutaj zaledwie pół godziny temu, by zapolować. A gdzie podziewa się mój mąż? Zresztą, czy to ważne? Jego nigdy nie ma, a przynajmniej nie wtedy, kiedy najbardziej go potrzebuję.
       To musiało mieć swój początek. No dobrze. Więc wyszłam. Zostawiłam Leona samego w domu. To chyba nic dziwnego, prawda? Jest noc, spał, to normalne. Wróciłam. Tak, z pewnością wróciłam. Lecz jego nie było... 
Boże...
Upadłam na kolana. Ten widok.
Dlaczego nic z tego nie rozumiem?
Dlaczego jest to dla mnie taka zagadka? 
I do cholery, dlaczego jestem sama? 
Leon leżał bezwładnie, ubrudzony błotem. Wokół niego prężnie tańczyły słupy ognia, przypominające kształtem okrąg, ograniczone do minimum, by dziecko mogło się w nim zmieścić. Odcień jego skóry przypominał barwę kartki papieru. Bez wahania wskoczyłam w ów krąg i wzięłam synka w ramiona. Siedziałam na ziemi, kołysząc się z czteroletnim dzieckiem i zanosząc spazmatycznym płaczem, gdy dotarło do mnie, że już niczego nie wskóram. To nie był przypadek. Wtedy uświadomiłam sobie również, iż kolejny raz nie zniosę tego bólu, a mojego serca nie sklei już nikt. 

 ~Carlisle~

        Jaki był mój żal, gdy zobaczyłem tę scenę w lesie. Nie poradzimy sobie, pomyślałem. Lecz teraz nie czas na rozmyślania. Chociaż Esme wcale mnie nie dostrzegła i zapewne nie miało to dla niej w obecnej sytuacji żadnego znaczenia, to podbiegłem do nich i wyciągnąłem z płomieni ogniska. Nie trwożąc czasu, wziąłem od żony chłopca i ku jej zdziwieniu oświadczyłem, że oddycha. Serduszko Leona biło bardzo słabo, jednak nie zmieniało to faktu, że nadal żył.

***

      Na korytarzu panowało często spotykane zamieszanie, a w powietrzu dało wyczuć się napiętą atmosferę. Podniesione głosy niewątpliwie zakłócały spokój pacjentom. 
     -Carlisle, nie mogę cię wpuścić!- rzucił ostrzegawczym tonem ordynator. -Na litość boską, dajcie nam pracować!
     Czas płynął niemiłosiernie. Odkąd Esme usiadła na krześle, nie przestawała wpatrywać się w jeden punkt. Bardzo się o nią bałem. Nikt nie chce przeżyć swojego osobistego koszmaru dwa razy. Nikt. Co do mnie, moje rozgoryczenie nie miało granic. Tak dobrze znany mi szpital nie dopuszcza mnie do pracy. Zresztą nawet, gdybym tam poszedł, niczego bym nie zrobił. Już nie teraz. Przez moje myśli przechodziły najczarniejsze scenariusze, zwłaszcza kiedy wampirze wyczulone zmysły pozwalały usłyszeć, co lekarze robią z Leonem. Podświadomość szeptała, że to co się dzieje jest tylko fikcją; nie ma prawa byś rzeczywistością. Przecież możemy żyć normalnie. On dorośnie, zacznie się uczyć, będzie się bawił i rósł zdrowo, kiedyś na pewno pozna swoją wybrankę, założy rodzinę, zestarzeje się, ale... Nigdy nie pozna prawdy o nas. 
Czy to naprawdę może się zdarzyć? 
     Gdyby Esme nie wstała, nie zauważyłbym lekarza stojącego nad nami. Uczyniłem więc to samo, co moja małżonka. 
Czy to naprawdę może się zdarzyć?
Już znałem prawdę. Ordynator spuścił wzrok. Zapadła cisza, w której usłyszałem krzyk cierpienia. Krzyk Esme.  
-Wasz syn... Było za późno. Zatruł się tlenkiem węgla. Śmierć w skutek zaczadzenia.Wybacz, Carlisle. -Pokręcił przecząco głową i odszedł.
Esme spojrzała na mnie oczami pełnymi przerażenia, była bledsza niż zazwyczaj. To, co usłyszeliśmy jeszcze do nas nie docierało. Na dodatek nie potrafiłem w żaden sposób pomóc ukochanej. Pragnąłem wyciągnąć do niej dłoń, lecz byłem sparaliżowany. A ona tylko wybiegła ze szpitala.
     Za dużo informacji w tej jednej wiadomości teraz rozkładało się na czynniki. Nie umiałem tego zrozumieć. Może nie chciałem. Sam nie wiem. Położyłem głowę na blacie biurka w moim gabinecie, po czym ją zakryłem łokciami, jakby chcąc ochronić przed podłymi myślami. Ciekawe, ile czasu spędziłem w tym małym świecie- minuty, godziny- bez znaczenia. Zapewne siedziałbym tak jeszcze dłużej, gdyby nie fakt, że Esme stała w drzwiach otwartych na oścież. Gwałtownie je zamknęła, po czym szybkim krokiem podeszła bliżej. Oparła się dłońmi o biurko i schyliła ku mojej twarzy. 
    -Masz mnie za idiotkę? -wyszeptała, mrużąc oczy. -Gdzie byłeś?! No gdzie?!
Wstałem. Przeważałem żonę wzrostem, ale pomimo to ona zaczęła mnie szarpać i bić w okolicach klatki piersiowej. To, co w nią wstąpiło, wymagało czasu na uspokojenie.
-Gdzie byłeś? -wyjąkała roztrzęsiona. -Tak bardzo cię potrzebuję! Nie dotykaj mnie! -Odsunęła się, choć wcale jej nie dotykałem.
-Czy tobą to nie wstrząsnęło?!
-Esme, nie wiem, co powiedzieć. Widziałem śmierć tyle razy, że...
-Jesteś tak podle nieczuły. Co ty sobie w ogóle myślisz? To było twoje dziecko! Nie rozumiem cię, po prostu nie potrafię. Boże, Carlisle. Jak możesz? Straciliśmy go. Na zawsze.
-Esme...
-Przestań! Ten łagodny głos: Esme, Esme, Esme, Esme, och Esme.... Esme nie ma tak samo jak Leona. Jak nas. Nienawidzę cię.
Wrzasnęła i opuściła mój gabinet.

***

       Do kostnicy wiodą długie kręte schody. Nieprzyjemny chłód, który czuje tylko człowiek, sprawia że to miejsce jest najgorsze. Tyle ciał czekających na swoją kolej odebrania im dusz. I pomyśleć tylko, iż kiedyś, nawet gdy z medycznego punktu widzenia było to niemożliwe, mogłem ich wszystkich uratować. Pomyśleć, że dawniej ich serca wybijały ostatnie uderzenia, przecież oddychali, chodzili, rozmawiali, kochali... Tyle bezbronnych, bezradnych dusz. A wśród nich mój mały synek. Nigdy nie okazywałem uczuć; moja egzystencja to pasmo strat. Jednego dnia odszedł zupełnie niespodziewanie. Przypomniawszy sobie słowa Esme, podszedłem bliżej i odsunąłem perłową płachtę. Drobna twarz spoczywała sztywno, spowita długimi włosami. Błagałem w duchu, by to okazało się tylko najgorszym koszmarem. Nie mogłem na tę sytuację dłużej patrzeć. Usłyszałem jedynie huk uderzenia mego pustego ciała, po czym ułożyłem głowę na jego brzuszku, mamrocząc tylko:
Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie.
Już nie wytrzymałem. To tylko dziecko. Minęło sporo czasu, więc uznałem, że powinienem odpuścić. Pocałowałem chłopca w czoło; przywarłem do niego dłużej niż trwa zwyczajny pocałunek i wyszeptałem:
       -Teraz będziesz szczęśliwy, zobaczysz. A my zawsze będziemy cię kochać. Wiesz... Twoja mama na pewno tak nie myśli o mnie.
Lecz ostatnie słowa skierowałem raczej do siebie niż do synka. 


     

niedziela, 10 maja 2015

Rozdział 19

 Marianne Faithfull - Crazy love


~Esme~

      Na zewnątrz już dawno się ściemniło, wiązki srebrzystego światła księżyca subtelnie oświetlały pomieszczenie, w którym przebywałam. Obserwowałam tańczące płomienie ognia w kominku, siedząc na kanapie w salonie i głaskałam Leona po złocistych włosach. Zasnął na moich kolanach, chociaż powinien być w swoim łóżku, lecz  nie mogłabym się na niego gniewać- wręcz przeciwnie- byłam zadowolona z tego, że dawał mi mnóstwo powodów do szczęścia i do bezgranicznej miłości. Byłam tak bardzo szczęśliwa, ponieważ miałam moje upragnione maleństwo i kochałam je ponad wszystko.
       Sięgnęłam pamięcią do czasów, kiedy ostatni raz mogłam spędzić spokojny wieczór z rodziną i uświadomiłam sobie, że było to, gdy poznałam Carlisle'a. Teraz wszystko się zmieniło; przybrane dzieci mają swoje pragnienia i potrzeby, wieczorami znikają na nocne spacery, natomiast mąż... Od dawna jest w domu tylko gościem, co ogromnie mnie smuci. Zauważyłam, iż tracimy pewną część naszej miłości. Tracimy siebie. Oboje się zmieniliśmy, odkąd los podarował nam syna. Musi być na to sposób, jednak nie mam w sobie tyle odwagi, by pouczać jego. Wiem, że najpierw muszę zacząć od siebie. Westchnęłam i szczelniej przykryłam Leona kocem, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Kto to może być? Przecież nigdy nie mieliśmy gości, na dodatek o tej porze. Wstałam, delikatnie zsuwając synka z kolan, po czym udałam się w kierunku drzwi. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy ujrzałam młodą kobietę. Miała rumianą cerę, twarz w kształcie serca oraz błękitne oczy i jasne, proste włosy do ramion. Była bardzo ładna i chociaż nigdy wcześniej jej nie widziałam, to wydawała się bardzo znajoma. Nie ukrywałam przed nią konsternacji, z pewnością zauważyła mój pytający wzrok i powiedziała cichym, drżącym głosem:
       -Dobry wieczór, pani Cullen. Nazywam się Melanie Smith. Przepraszam za tak późne najście, ale przyszłam w bardzo ważnej sprawie i muszę pilnie z panią porozmawiać.
-Przepraszam, czy my się znamy?
-Nie. Zna panią Roy Ant -oświadczyła niespokojnie, jakby czegoś się bała, a mnie zakręciło się w głowie i przez moment straciłam grunt pod nogami. -Mogę wejść?


***

     Nieznajoma podziękowała za coś do picia, siedziałyśmy w jadalni. Obserwowałam młodą kobietę, która niespokojnie rozglądała się po pokoju i rytmicznie stukała palcami w blat. W końcu spojrzała mi prosto w oczy i uspokoiła się, gdy zaczęła mówić. 
     -Bardzo ładny dom. Jest pani tutaj sama?
-Dziękuję. Dzisiaj zostałam tylko z synem. 
-Leonem, prawda? -dostrzegłam w jej oczach niepohamowaną ciekawość. 
-Tak, ale skąd pani wie, jak ma na imię moje dziecko? 
-Mogę go zobaczyć? -spytała błagalnie, ignorując moje pytanie. 
-Przepraszam, ale nie rozumiem powodu pani wizyty. Kim pani jest? 
-Proszę pozwolić mi go zobaczyć, a wszystko wyjaśnię. Proszę... 
   Zaprowadziłam tajemniczą kobietę do salonu, gdzie syn słodko spał w blasku ognia. Miał zamknięte oczy, jego długie, czarne rzęsy delikatnie drgały na policzkach, a usta wygięły się w łuk. Najpiękniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widział świat. Z pewnością nie tylko ja tak sądziłam, ponieważ Melanie nieśmiało podeszła do kanapy i wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, po czym niespodziewanie upadła na kolana i zaczęła łkać. Skrywała głowę w dłoniach, poruszała nią w różne strony; była zrozpaczona. Widziałam w niej siebie wiele lat temu, w dniu, który odmienił moje życie, konkretnie, gdy dowiedziałam się o śmierci mojego syna. Nie potrafiłam uwierzyć, że nosiłam małą istotkę pod swoim sercem przez dziewięć miesięcy, a ona odeszła i nie zaznała smaku życia. Nawet nie pozwoliła, bym ją pokochała. Stojąc nad przepaścią, zadawałam sobie pytanie; skoczyć czy nie? Pamiętam, że mżył deszcz, którego uderzenia czułam na swojej skórze. To była ostatnia rzecz, jaką czułam. Później nie było już niczego. Nie miałam do kogo wracać. Dlaczego miałam żyć, skoro brakowało mi na to siły? To koniec. Spadałam i spadałam, po policzkach lały się łzy, a chłodny wiatr na mojej skórze był niczym igły, raniące ciało i duszę. I już mnie nie ma.
    Przywołując w pamięci ten feralny dzień, dopasowuję każdy fragment układanki i zaczynam rozumieć, co się dzieje. Pokręciłam przecząco głową, gdy Melanie podeszła do mnie. Jej twarz poczerwieniała, spuściła wzrok, a ja przytuliłam ją mocno i pozwoliłam łzom zmoczyć moje ubranie. Ogarnął mnie żal. Dlaczego nie potrafię płakać? Czułam w stosunku  niej bliską więź i pragnęłam pomóc- jak kobieta kobiecie.
   -Jest pani dla Leona kimś bardzo bliskim, prawda? -spytałam szeptem.
-Jestem jego... biologiczną matką.
-Hm...To źle zabrzmi, ale miałam takie przeczucia. Skąd pani wiedziała, że ja... że on?
-W liceum spotykałam się z Roy'em, byłam taka młoda, a to dziecko zniwelowało moje plany na przyszłość. Oddałam go ojcu, niczego nieświadoma. Później dużo o tym myślałam; o stracie ukochanego i  synka. Postanowiłam odnaleźć tatusia. Dawna znajoma go uwiodła, dlatego znałam adres. Ale mojego maleństwa już nie było. W domu Roy'a znalazłam notatki na temat waszej rodziny. Tego jest tam tyle... Wiem, kim jesteście. Już dawno dowiedziałam się o istnieniu innych ras i naprawdę długo czekałam, żeby móc tutaj przyjść. -Melanie spuściła wzrok. -Wiem, że chłopiec jest tutaj bezpieczny, ale musicie go otoczyć jeszcze większą ochroną. Roy ma złe zamiary wobec was, więc uważajcie. I jeszcze jedno- nikt nie może wiedzieć o tej rozmowie. Nigdy mnie nie widziałaś. Nie znamy się.
-Co mam robić? -w moim głosie słyszałam strach.
-Miejcie oczy dokoła głowy i...
Nie zdążyła dokończyć, bowiem usłyszałyśmy czyjeś kroki.

~Carlisle~

     Po ciężkim dniu wróciłem do domu i byłem niezmiernie zdziwiony, gdy poczułem zapach inny niż zazwyczaj. Dopiero kiedy przyszedłem do jadalni, zauważyłem, że moja małżonka jest w towarzystwie pewnej kobiety. Uniosłem brew i skrzyżowałem ręce na piersi, zastanawiając się, kim jest ów człowiek. Obie panie spoglądały na mnie niepewnie. Postanowiłem przerwać niezręczną ciszę:
     - Dobry wieczór. -Podszedłem bliżej i podałem dłoń nieznajomej. -Carlisle Cullen.
-Melanie Smith. Przepraszam, ale powinnam już iść. Proszę pamiętać o tym, co pani powiedziałam -zwróciła się do Esme, po czym odeszła.
Moja żona nic nie powiedziała. Poszła do salonu, usiadła przy Leonie i ucałowała go we włosy.
-Esme, możesz mi wytłumaczyć, co tutaj się dzieje?
-Nie mogę...
-Słucham? Kim jest ta kobieta? -stałem przed nią, ale odpowiedź nie nadchodziła.
-Carlisle, przepraszam, nie możemy o tym rozmawiać.
-Nie wygłupiaj się. Możesz mi powiedzieć. Wiesz o tym. -W mgnieniu oka siedziałem na kanapie, obejmując żonę. -Wiesz, prawda?
Esme wtuliła głowę w moją pierś, unikała spojrzenia.
-Ona jest matką Leona. Przyszła, żeby ostrzec nas przed Roy'em. On wróci. To się nigdy nie skończy!
Obserwowałem poczynania ukochanej, która nerwowo chodziła po pokoju. To, co przed chwilą powiedziała jeszcze do mnie nie docierało. Gdy miałem przed oczyma obraz Roy'a, zrozumiałem sens jej wypowiedzi, dlatego wstałem i podszedłem do Esme. To ja jestem odpowiedzialny za moją rodzinę i nie pozwolę nikogo skrzywdzić. Ująłem żonę pod brodę, przy czym utonąłem w jej miodowych, zmartwionych tęczówkach.
     -Cokolwiek by się stało, poradzimy sobie. Jeśli to prawda, musimy być silni.
I złożyłem pocałunek na jej ustach, lecz sam nie wiedziałem, czy miał on przekonać mnie czy ukochaną.

_______________________________________
Cześć :) rozdział jest krótki, wiem, ale spodziewałam się, że wyjdzie dłuższy. Po prostu powoli wprowadzam wydarzenia. Miejscami tekst jest bardzo niespójny -wybaczcie. Pracuję nad dalszą częścią, więc liczę na wyrozumiałość. Chciałabym jeszcze dodać, że 29.04 ten blog obchodził drugie urodziny :) Odkąd napisałam pierwszy rozdział dużo się zmieniło- wiele osób, które prowadziły własne blogi i czytały tego, zniknęło z blogera. W każdym razie bardzo dziękuję za Waszą obecność tutaj i mam nadzieję, że będzie jeszcze więcej rocznic i również będziecie ze mną. +Bardzo polecam piosenkę. +Do zakładki "bohaterowie" dołączyła nowa postać



piątek, 27 marca 2015

Rozdział 18

         Hozier- Take me to church
   
     ~Carlisle~
        Na twarzy mojego najstarszego syna malował się grymas pogardy i złości. Niecierpliwie stukał palcami w blat biurka w moim gabinecie, licząc, że ulegnę jego namowom, jednak nie dawałem za wygraną. W porównaniu z tokiem wampirzej egzystencji, prośba Edwarda zdawała się równie banalna, co śmieszna. Syn rozsiadł się na krześle naprzeciw mnie bardzo swobodnie i ekstrawagancko, jego miedziane włosy były lekko zmierzwione, a biała koszula rozpięta u góry, w taki sposób, iż odsłaniała fragment kredowego torsu. Edward uniósł kącik ust w kpiącym uśmiechu.
     -Ja naprawdę potrzebuję zwolnienia lekarskiego na jakiś czas. Gdyby nie było takiej potrzeby, nie zwracałbym się z tym do ciebie. -Ułożył łokcie na biurku, po czym poczułem na sobie chłodne spojrzenie ciemnych, głodnych oczu.
-Edwardzie, nie mogę tego zrobić. Dobrze wiesz, że obaj możemy się narazić i mieć problemy. Zbyt często nie ma cię w szkole. Prawnie jestem twoim ojcem, więc wystawienie tobie zwolnienia wzbudziłoby kontrowersje.
-Nie możesz poprosić innego lekarza?
Lewa noga Edwarda nerwowo drgała.
-Wiesz, jakie są zasady i nie próbuj ich naciągać. Powiedz, w czym jest problem?
Do pokoju wszedł Leon. Na jego widok uśmiechnąłem się i wziąłem chłopca na kolana, a kiedy usiadł, pocałowałem go w skroń. Czterolatek nie zwrócił na to zbytniej uwagi, bowiem był zajęty swoimi zabawkami, które rozłożył przed sobą.
-Muszę wyjechać. Na dość długi czas. -Edward spuścił wzrok. -Nie chciałbym, żeby w szkole zwracano uwagę na moją nieobecność. Poza tym pewna elita licealna mogłaby was odwiedzić.
Znów nas opuszczasz, by prowadzić inny tryb życia? Ten, który już przerabiałeś?
Spytałem w myślach.
-Chciałbym się odizolować...
Syn nie zdążył dokończyć, gdyż Leon przerwał nasz niezrozumiały dialog:
-Edward wyjeżdża? Mogę jechać z nim? Co to znaczy odizolować?
-Edward wyrusza w góry. Nie, kochanie, musisz zostać w domu, ale możemy  wybrać się razem na wycieczkę. Twój brat chciałby samotnie odpocząć -skłamałem.
Miedzianowłosy prychnął,  niespokojnie rozglądając się po pomieszczeniu.
Nie pozostawiasz mi wyboru, wiesz co robić. Przyznam, że nie rozumiem, dlaczego tak nagle odchodzisz, ale akceptuję to. Bądź ostrożny, synu. 
-Mówiłem o tym Alice i Jasperowi. Możesz powiadomić mamę?
Jego pytanie wybiło mnie z rytmu.
-Edwardzie, nie zrobię tego. Ty powinieneś porozmawiać z Esme. Z tego, co wiem, wyszła na spacer.
Jest blisko. Czuję jej zapach.
                       


    ~Esme~
      
     Gdy wróciłam do domu, do moich nozdrzy dobiegł ten charakterystyczny zapach, który uwielbiałam; słodka mieszanka wszystkich domowników. Uśmiechnęłam się do siebie i zanim odwiesiłam płaszcz, usłyszałam tupot małych nóżek. Bez namysłu upadłam na kolana, po czym rozwarłam ramiona, by mój czteroletni syn mógł w nie wpaść i mnie przytulić. 
    -Nareszcie jesteś, mamo!
Czując ciepło bijące od Leona, delikatnie go odsunęłam, by nie przestraszyć chłopca znacznie niższą  temperaturą mojego ciała. Zobaczyłam wesołe iskierki w oczach maluszka i już wiedziałam, że tego dnia nic nie zepsuje mego iście szampańskiego humoru. 
    -Co robiłeś, kiedy mnie nie było? 
-Bawiłem się z Edwardem i tatą. Dlaczego  Edward chce pójść na wycieczkę beze mnie? 
Zmarszczyłam brwi. 
-Tata powiedział, że Edward chce samotnie odpocząć. Odizolować się na jakiś czas. Nadal nie rozumiem, co znaczy to słowo. Możesz mi wytłumaczyć? 
Otworzyłam usta ze zdziwienia, bo chyba wiedziałam, co mój syn ma na myśli. Nie mogę mu na to pozwolić, pomyślałam, chociaż doskonale zdawałam sobie sprawę, że moje słowa okażą się zbędne. Muszę to wyjaśnić. Mam nadzieję, że te przypuszczenia będą nieprawdziwe. 
    -Chodź, kochanie -powiedziała Alice, a ja podziękowałam jej ruchem głowy. -Wiem, co znaczy to słowo. 
 
***
    W gabinecie Carlisle'a panowała grobowa, przerażająca cisza. Rzuciłam zawiedzione spojrzenie obu panom, wyczuwając bardzo nieprzyjemną atmosferę. Mój małżonek nie raczył nawet podnieść wzroku, jedynie wpatrywał się w szybę, na której krople deszczu toczyły zacięty wyścig. Natomiast najstarszy syn, znany z niemal aroganckiej pewności siebie, teraz niepewnie spoglądał na mnie spode łba. Już wiedziałam, że wkrótce odejdzie, ale musiałam zadać to jedno pytanie: 
   -Edwardzie, czy to prawda?  
Czekałam. Nie odpowiedział.
-Jesteś pewny swojej decyzji? -uniosłam głos.
-Musimy porozmawiać na osobności, Esme.
   
***
    W mgnieniu oka stałam na tarasie naprzeciw syna i zaklinałam deszcz, bowiem byłam przemoczona do suchej nitki. Edward napiął wszystkie mięśnie. Starałam się nie myśleć, o tym co odczuwałam w danym momencie, tylko skupić się na nim i zrozumieć, że ta sytuacja go przytłacza. 
    -Znowu mi to robisz -szepnęłam nieświadomie, lecz nabrałam odwagi. -Łamiesz mi serce. 
-Esme, jesteś największą miłością mojego życia, bez ciebie nie poradziłbym sobie. Ta cała rzeczywistość złamałaby mnie i wiem, że zadaję ci ból, ale zawsze mówisz, że  mam robić to, co będę uważał za słuszne. Teraz jest taka sytuacja. Nie umiem opisać swoich uczuć, chyba jestem przygnębiony. Wrócę, obiecuję. 
Westchnęłam i przeszłam kilka kroków, łapiąc się za głowę w geście niedowierzania. Upewniłam się, że jestem w bezpiecznej odległości, więc postanowiłam zapytać:
-Co mam zrobić, żebyś został? Za każdym razem wbijasz w me serce nóż.  Kocham was najbardziej na świecie i zawsze będę walczyć do końca o moich najbliższych. Mogłabym za was zginąć, jednak z tobą zawsze łączyła mnie silna więź... Mamy taką samą wrażliwość. W ostatnich latach nikomu nie było łatwo, ale nasza rodzina zawsze potrafiła sprostać przeciwnościom losu. Wytłumacz mi, dlaczego? 
    Nie wysuwałam kolejnych argumentów, ponieważ i tak nie zmieniłyby one decyzji syna. Edward podszedł do mnie szybkim krokiem i wziął w ramiona. Tonęłam w jego zapachu, wiedząc, iż wkrótce to wydarzenie przemieni się w smutne wspomnienie. Nienawidziłam, gdy odchodził, zostawiał mnie. Co prawda, jest moim synem, ale również wiernym przyjacielem, osobą, której mogę się wyżalić oraz spędzać miło czas, osobą, której uwielbiam słuchać i wiedzieć, że jestem dla niej ważna. W jego objęciach czułam się kochana i doceniana. Nie chciał mnie skrzywdzić, podjął-w jego przekonaniu- racjonalną decyzję, chociaż jak każda matka, wolałabym mieć swoje dziecko blisko siebie i widzieć, że jest bezpieczne, pomimo tego, iż jest ono wampirem. 
Edward złożył pocałunek na moich włosach. Zakładając, że jestem sporo niższa od syna, to było jedyne dostępne miejsce dla niego w tym momencie. Z pewnością będę rozpamiętywać jego obecność i dotyk, kiedy go zabraknie. 
      -Zawsze byłaś bardzo wrażliwa, ale zazwyczaj szybko godziłaś się z moim odejściem. I nie rozpaczałaś nad pożegnaniem. 
-Nie lubię pożegnań -odparłam niczym małe dziecko. 
-Problem polega na tym, że ja widzę szklankę w połowie pełną, a ty w połowie pustą. Wkrótce zrozumiesz, dlaczego odchodzę. 
-Mylisz się, Edwardzie. Od wielu lat próbuję zrozumieć, w jaki sposób wybierasz określony czas i taktykę odwetu,  jednak nigdy nie umiem znaleźć adekwatnej odpowiedzi. 
-Ja również będę za tobą tęsknił.Gdybyś mnie potrzebowała, po prostu o mnie pomyśl -wyszeptał czule. -Muszę już iść. 
-Zmokłeś. Powinieneś się przebrać. 
-To nie problem, Esme. Nie chcę tego przeciągać w nieskończoność. Masz kochającą rodzinę, więc teraz wróć do niej i rób to co zawsze; kochaj całą sobą. Dobranoc, mamo. 
       Popatrzyłam, jak sylwetkę Edwarda pochłania gęsty, ciemny las. Deszcz przestał padać, lecz wciąż stałam na tarasie i pocierałam ramiona dłońmi- zupełnie ludzki odruch. Teraz do życia powracała leśna fauna. Nie zamierzałam jeszcze wracać do domu, jednak gdy szklane drzwi pozwalające wejść na taras przesunęły się, zrozumiałam, że ktoś mnie szuka i tą osobą był mój mąż. 
     -Chyba powinnaś wejść do środka. 
Carlisle stał za mną i położył dłonie na moich ramionach, dotykając mokrego ubrania. Poczułam na swojej szyi dotyk jego włosów, a następnie chłodne usta. 
-To jest potrzebne. Edward wie, co robić. -Odwróciłam się, by móc spojrzeć Carlisle'owi w oczy. -To dziwne, ale mam wrażenie przyjemnego oczyszczenia.
Na te słowa mój małżonek zaśmiał się. 
-Jesteś szczęśliwa?
-Tak, bo wiem, że mój syn również jest. 
-Chodźmy do Leona, on też nas potrzebuje.
   Carlisle objął mnie w talii i przepuścił w  drzwiach. Zanim doprowadziłam się do stanu, w którym nie przestraszyłabym Leona, zrozumiałam, iż coś musi dobiec końca, by mogło zacząć się coś nowego.  Intuicja podpowiadała mi, że niebawem rozpocznie się nowy, ciekawy  rozdział w naszym życiu. 
______________________________
Cześć! Witajcie po bardzo długiej przerwie. Nie chodziło o brak weny czy lenia. Rozdział cały czas "się tworzył". Po prostu w ostatnich miesiącach miałam problemy ze zdrowiem oraz szkołą. Wasze blogi czytałam, a teraz nadrabiam zaległości w komentowaniu. Ten rozdział był dużo lepszy w pierwotnej wersji, ale coś zrobiłam z perspektywą Esme i ją usunęłam. Dziękuję za odwiedziny :) i bardzo przepraszam, że ta notka jest dopiero teraz. Mam nadzieję, że wybaczycie, bo wiem, że parę osób czekało i pytało ♥  Teraz możecie się domyślać, czy "nowy rozdział", o którym mówi Esme będzie dobry czy też nie.

czwartek, 25 grudnia 2014

Rozdział 17


    Alex Hepburn- Look what you've done


~Roy~



                 Niepostrzeżenie chodziłem między kamienicami w Portland, nie zważając na czyhające niebezpieczeństwa- tamtego wieczora nikt ani nic nie było w stanie rozproszyć moich planów.  Przejechałem dłonią po ciemnych włosach i nerwowo poprawiłem marynarkę, lecz w ułamku sekundy Matka Natura postanowiła zrobić ze mną coś bardzo nietaktownego; zesłała rzęsisty deszcz. Na ogół nie wierzę w przesądy, ale muszę przyznać, że kobiety są bardzo nieprzewidywalne. Zostałem zmuszony do ukrycia się pod zniszczoną markizą w zielone paski, by nie wyglądać jak ostatni łajdak. Zanim zapaliłem papierosa, zmiąłem przekleństwo w ustach. Nie zdążyłem spostrzec, jak szare koła unoszą się w powietrzu (jak robię to zazwyczaj), ponieważ przede mną stała dziewczynka w czarnej szacie. Nie widziałem jej twarzy, ale kiedy podeszła bliżej, zauważyłem, że nie jest wcale taka mała, chociaż jej wzrost wcale na to nie wskazywał. Czerwone tęczówki, które kontrastowały z prawie białymi włosami wprawiały w zakłopotanie. W mgnieniu oka była tak blisko, iż wyczuwałem lodowaty oddech na skórze.
Różowe wargi dziewczyny lekko zadrgały, co było nawet przyjemne, więc zdobyłem się na szelmowski uśmiech. Ona prychnęła, unosząc brwi ku górze, po czym odparła przyjemnym dla ucha głosem: 
-Witaj, Roy. 
-Cześć, mała. Jak się wabisz?
Zaciągnąłem  się dymem papierosowym, by zdmuchnąć go na twarz uroczej damy, na co zacisnęła wargi, a jej źrenice powiększyły się. Tak bardzo się boję... 
-Nie robisz dobrego pierwszego wrażenia. Chyba nie wiesz, z kim masz do czynienia.Tak się składa, że kto prosi o spotkanie z Aro musi być wychowany. Nie wiem, jakim cudem pan zechciał z tobą porozmawiać, ty prosty, bezczelny  chłopczyku, ale wiedz, iż jeszcze jeden najmniejszy wybryk, a zrobię z twoją osobą porządek, jasne? Poza tym mam na imię Jane. 
-Spokojnie, Jane. Nie mam złych zamiarów. -Uniosłem ręce w poddańczym geście.
-Cieszy mnie to. Jeszcze jedno- dla ciebie pani Jane. Mam nadzieję, że zrozumiałeś, bo chciałabym dostarczyć cię żywego. Gdyby nie to, że muszę pilnować takiego gnojka jak ty, zabiłabym cię od razu za brak manier i twój ohydny zapach. Śmierdzisz jak mokry pies. 
-Dziękuję -przyznałem z opuszczoną głową, by zrobić wrażenie urażonego. 
-Uprzejmie proszę. Za mną. 
         Jane szła przodem, zagarniając co chwila tę swoją okropną pelerynę. Zastanowiłem się, skąd w jednej kobiecie tyle gniewu i muszę przyznać, że imponuje mi swoim zadziornym charakterkiem. Zazwyczaj niewiasty, które spotykam na swojej drodze są potulne, ponieważ chcą się dopasować. Oj, było ich dużo... Właściwie to dość zabawne, ponieważ jedna z tych uczynnych kobiet sprawiła, że mój świat zawirował. Jakby to było wczoraj...


                                                                Missisipi, Jackson,  17 lipca 1990
Z rozkoszą patrzę, jak Melanie biegnie w swojej błękitnej sukience przez las i upaja się wakacjami. Za niespełna kilka tygodni rozpocznie naukę w klasie maturalnej. Pomyślnie zda egzaminy, po czym zostanie pediatrą. Uciekniemy razem w świat. Różnica wieku nie ma znaczenia. Patrzę na ukochaną i nie mogę uwierzyć, że niedługo będzie moją żoną. Rozmawialiśmy nawet o dzieciach. Marzymy o trójeczce maluszków...


        Ostatnio byłem zmuszony wejść na strych w poszukiwaniu zbędnych przedmiotów i znalazłem karton. Zostawiłem go, ponieważ nie chciałem mieć w domu rzeczy, które przypominałyby o rodzinnej miejscowości. To tam dowiedziałem się, kim naprawdę jestem...
Kiedy poznałem Melanie, kierowały mną emocje i sam nie mogę uwierzyć, że pisałem pamiętnik. Czytałem go nocami, zadając sobie ból, jaki czułem krótko po rozstaniu z Mel. Dowiedziała się o istocie, siedzącej we mnie tuż po porodzie naszego dziecka. To był dla niej niesamowity szok, dlatego nie chciała wychowywać synka i oddała go mnie. A ja? Do dziś nie pozbierałem się po stracie "gówniary", która była w stanie wywołać jakiekolwiek uczucia. Jeśli nie topię smutków w kieliszku, to zabawiam się z roześmianymi, beztroskami laleczkami. 
         Jak przez mgłę pamiętam bankiet, na którym poznałem żonę Carlisle'a. Była całkiem ładna i dobra jak na wampira. Obserwowałem tę rodzinę przez pewien czas i zrozumiałem, że nikt inny nie da chłopcu tyle miłości, nie zapewni bezpieczeństwa. Zazdroszczę im. To paradoksalne. Lekarz, który jest wampirem ma rodzinę i sprawia wrażenie szczęśliwego. Ale mają coś, co należy do mnie. Co prawda, oddałem im  t o  dobrowolnie, jednak wtedy nie myślałem trzeźwo. To jedyna r z e c z  związana z Melanie. Nazwali go: "Leon". To imię woła o pomstę do nieba. Zrobię wszystko, by odzyskać syna,  pomyślałem, przypomniawszy sobie wyraz twarzy Esme, kiedy nie mogła się zdecydować- musiała wybrać: albo jej życie, albo dziecko. Ten piękny strach w jej wielkich oczach. Czyżby nikt z tej dobrodusznej rodziny nie przyszedł jej wybawić? Już wtedy mogłem skorzystać z okazji i wziąć wampira do przeprowadzenia tych cholernych badań. Carlisle i podopieczni oszaleliby z rozpaczy. O tak, niech cierpią tak jak ja. Oto powracam, by doprowadzić Cullenów do zagłady.



***


         Wchodząc do ciemnego pomieszczenia, pożegnałem światło dzienne. Kiedy wreszcie mała świetlówka zapaliła się, ujrzałem na środku zacienionego pokoju stół, przy którym stały dwa krzesła. Jedno z nich było zajęte. Zanim zobaczyłem postać, spostrzegłem, że jej oczy mają taką samą barwę co u Jane, a to było przerażające, tym bardziej iż właściciel uśmiechał się sztucznie, ukazując przy tym białe zęby, właściwie kły. Jego twarz była nienaturalnie blada, wręcz kredowa, a włosy czarne i przypominające siano. Czy wszyscy w tym wampirzym świecie muszą być tak strasznie piękni? Zadziwiające. 
       -Wpadłem ci w oko, że się tak przypatrujesz? 
-Proszę mi wierzyć, nie po to tu jestem. Nazywam się Roy Ant. -Wyciągnąłem dłoń, której mężczyzna nie ujął. 
-Aro -wydukał, patrząc na moją rękę ze wstrętem. -Coś mi tutaj nie pasuje. Czyżbyś był... wrogiem? 
-Można tak powiedzieć, ale...
-Jane! 
-Ona wie. Myślałem, że pan również -rzuciłem pospiesznie w obronie. 
-Nie rozmawiam ze zwierzętami i nie wiem, po co przyszedłeś, ale radzę ci stąd odejść. 
-Wiem, że się narażam, lecz proszę mnie wysłuchać. To bardzo ważne. Chodzi o wampiry, dokładnie o rodzinę Cullen'ów. 
Aro zmrużył oczy. 
-W naszym świecie słowo "rodzina" nie jest powszechnie używane. Mogę prosić o twoją dłoń?  
Wiedziałem, w jakim celu Aro posuwa się do takich czynów. Mała Jane powiedziała mi o tym.
     Przed oczyma miałem Esme, która ratuje dziecko przede mną. Szczęśliwych małżonków, wychodzących z Leonem na spacer. Alice, uczącą chłopca stawiać pierwsze kroki. Pewną brunetkę, która w zupełnie przypadkowy dzień trzymała mojego syna na kolanach, a później kroiła tort. Wieczory, podczas których w jego pokoju nikło światło, co oznaczało porę snu. Przypominałem sobie, gdy do moich uszu dobiegał odgłos zamykanego okna w łazience -zazwyczaj czyniła to blondynka, Rosalie lub Esme, kiedy przygotowywały kąpiel dla małego tuż po kolacji. Zdarzało się, iż przychodziłem do klubu, w którym Leon uprawiał karate i obserwowałem, jak Carlisle, Jasper lub rosły mężczyzna, którego imienia nie pamiętam, trzymał go za rączkę. Następnym wspomnieniem była moja Melanie. Siedzieliśmy razem na piaszczystej plaży, słuchając szumu rwącego strumyka. Dziewczyna opierała się na rękach, a ja leżałem na jej kolanach. Uważałem na każdy ruch, ponieważ z kolejnym dniem brzuch Mel przybierał inne formy, a przynajmniej tak sądzę, co symbolizowało, że nasze dziecko jest coraz bliżej. Pamiętam, jak pewnej nocy przyszła do mojego mieszkania zalana łzami. Od razu rzuciłem się, by ukryć ją w ramionach i spytać, co się stało, ale nim uzyskałem odpowiedź,  na zewnątrz wzeszło słońce. I już nie wróciła do domu. Bo po co? Rodzice nie takiego zachowania się spodziewali, więc wyrzucili ją na bruk. Wtedy po raz pierwszy, ale nie ostatni żałowałem, że pozwoliłem jej się we mnie zakochać. A przecież mogła mieć wszystko. 
       Aro Volturi puścił mą rękę, a w jego oczach widziałem ciekawość. Wpatrywał się we mnie jak zahipnotyzowany karmionowymi oczami, chcąc więcej. Jest mój, pomyślałem. Skoro tak ważny wampir stoi po mojej stronie, to mam w garści Cullen'ów i syna. 
           -To moje dziecko i chcę je odzyskać -wypowiedziałem przez zaciśnięte zęby.